close menu icon
Strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Szczegóły w Polityce prywatności.
Zgoda

Konsulting i doradztwo w e-commerce B2B i B2C

Moja historia zawodowa
subpage image

Nazwy stanowisk ani wypisany w punktach zakres obowiązków często nie oddają dobrze tego, co robiliśmy zawodowo, jakie posiadamy umiejętności i co osiągnęliśmy. Tak jest w moim przypadku. I choć dzisiaj nie startuję w rekrutacjach, to chcę, żeby moi klienci mogli mnie lepiej poznać. A skoro mam swoją przestrzeń, w której mogę Ci o sobie trochę więcej opowiedzieć, to zapraszam Cię w podróż przez moje życie zawodowe.

 

W jednej rekomendacji na LinkedIn Pani Ania Wikło, z którą współpracowałam przy projekcie e-commerce B2B firmy, w której wtedy pracowała, napisała o mnie „typowa multitasking woman”. Gdybym miała w jednym krótkim zdaniu określić siebie, to tak bym mogła o sobie powiedzieć. Pasowałoby też „człowiek orkiestra”, „człowiek wielu talentów” itp.

 

To nietypowy wpis i wiem, że nie każdy ma tyle czasu, żeby czytać całą historię mojego życia, dlatego wprowadzę odnośniki do różnych etapów. Możesz wybrać, który z nich Cię interesuje.

 

  1. Doktorat, praca dydaktyczna na UMCS, w szkole, redaktor naczelna czasopisma naukowego.
  2. Ścieżka zawodowa w branży finansowej: od specjalisty do prezesa 2 spółek.
  3. Moja przygoda z IT: od dokumentalisty do E-commerce Product Managera.
  4. Co robię teraz i jakie były motywacje takiej zmiany.

 

Zaczynamy 👊

 

 

Doktorat, praca dydaktyczna na UMCS, w szkole, redaktor naczelna czasopisma naukowego

 

Moje życie zawodowe (i prywatne też) wydawało się być przesądzone już na ostatnim roku licencjatu, który robiłam w filii UMCS, w rodzinnym mieście. W ciągu dwóch miesięcy sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Rzuciłam wszystko. W wakacje poszłam do pracy na 2 miesiące na rozdzielnię pocztową w Warszawie (dział maszyn i kodowania), żeby zarobić coś na start życia w Lublinie. We wrześniu byłam już na Lubelszczyźnie i z Anonsami w ręku szukałam pokoju do wynajęcia.

 

Po ekonomicznej szkole średniej, zdecydowałam się na studia polonistyczne. Na licencjacie zrobiłam 2 specjalności: nauczycielską i redaktorsko-medialną. Studia magisterskie kontynuowałam już tylko na specjalności nauczycielskiej. Tak dobrze mi szło, że zaproponowano mi studia doktoranckie na polonistyce. Dostałam się bez problemu.

 

W czasie studiów pracowałam w obsłudze klienta w gastronomii. To dało się pogodzić z dziennymi studiami. Zaraz po obronie magisterki zaczęłam pracę w biurze kredytowym. Ponad 20 banków w ofercie, kilkanaście różnych systemów do obsługi wniosków. Rok 2008, kryzys i zmiany procedur (po 30-50 stron) z dnia na dzień i co kilka tygodni. Lokalizacja biura bardzo dobra. Drzwi się nie zamykały, dzięki czemu szybko nauczyłam się nowego zawodu.

 

Dalej studiuję i pracuję jednocześnie. Nic nadzwyczajnego? Wtedy to nie było takie oczywiste. Studenci żyli ze stypendiów i spędzali czas na imprezach lub w bibliotekach. Ja miałam frajdę, że radzę sobie w obcym mieście, utrzymuję się i uczę się nowych rzeczy.

 

Po niecałym roku moja praca w biurze kredytowym się kończy. Nagle i w nieciekawych okolicznościach. Tak dobrze mi szło, że w miesiącu, w którym zapowiadała się rekordowa sprzedaż i prowizja dla mnie, szef postanowił w trybie natychmiastowym zmienić mi zasady wypłacania prowizji.

 

Poczułam się oszukana. Od kolejnego miesiąca miałam zostać sama w biurze i szkolić nową osobę, a on chciał otworzyć kolejne biuro. Złożyłam wypowiedzenie. Była wiosna 2009 roku. Kolejną pracę podjęłam od września. Było to półtora etatu w dwóch szkołach w Sandomierzu do zrealizowania w 4 dni. W czwartki wracałam do Lublina, żeby prowadzić zajęcia ze studentami dziennymi i zaocznymi oraz uczęszczać na zajęcia studiów doktoranckich.

 

Czas pomiędzy – te kilka miesięcy – mocno odcisnęło się w mojej pamięci. Poniosłam porażkę. Jej szczytem było to, że w sierpniu na miesiąc musiałam wrócić do rodziców, bo nie było mnie już stać na stancję w Lublinie. Nie miałam nawet 200zł na pokój w Sandomierzu. Musiałam pożyczyć od przyjaciółki. Na szczęście nauczycielom pensje wypłacają z góry.

 

To był pierwszy i jedyny raz, kiedy nie miałam poduszki finansowej na takie właśnie sytuacje przejściowe. Pomimo tego do tej pory jestem zadowolona, że nie postąpiłam wbrew swoim zasadom i nie dałam się oszukiwać.

 

Czas w szkole to bardzo ekscytujący i wyczerpujący moment w moim życiu. Obawiałam się pracy ze studentami, nie miałam doświadczenia w wystąpieniach publicznych, a teraz miałam 2 tygodnie, żeby przygotować zajęcia z uczniami, programy nauczania i przeprowadzić się znów do innego miasta. A potem stanąć przez salą pełną krytycznych oczu.

 

Dostałam też informację, że mogę poprowadzić zajęcia dodatkowe i – jeśli napiszę do nich program, zgodny z wytycznymi ministerialnymi – to ocenę z tych zajęć uczniowie będą mogli mieć policzoną do średniej na świadectwie. To były zajęcia teatralne dla 3. klasy gimnazjum.

 

Zrobiłam. Podołałam. Program zajęć teatralnych napisałam. Został zatwierdzony. Do tego wszystkiego rozpoczęłam staż nauczycielski i musiałam zbierać dokumenty do egzaminu na nauczyciela kontraktowego.

 

Moje życie miało cykl tygodniowy 4+3 podzielony na 2 miasta. Uczę języka polskiego w gimnazjum i liceum, prowadzę zajęcia z publicystyki pozytywizmu i literatury pozytywizmu i Młodej Polski ze studentami na UMCS. W czwartek w południe biegnę z walizką ze szkoły na 1 z 2 kursów dziennie PKS z Sandomierza do Lublina. W niedzielę rano wracam i siadam do układania zajęć z uczniami i sprawdzania prac, testów, egzaminów itd.

 

Tak wygląda moje życie przez rok. Jest ciężko. Nie mam czasu na zbieranie materiałów do pracy doktorskiej. Odbijam się finansowo i cieszę z tej pracy, bo wtedy młodzi nauczyciele mieli ciężko ze znalezieniem pracy w szkole. Starsza kadra nie chciała odchodzić na emeryturę i nie było miejsc pracy. Stąd wyszło u mnie biuro kredytowe.

 

Wakacje 2010 roku są małym przełomem. Zdaję egzamin na nauczyciela kontraktowego i zdobywam awans. W szkole zmienia się dyrektor. Nie ma pewności, ile będę miała godzin i czy w ogóle będzie cały etat. A ja mam 2 mieszkania do utrzymania i doktorat do napisania. Decyduję się wrócić do Lublina.

 

Działam z pracą doktorską, uczę studentów i zakładam czasopismo naukowe „Acta Humana” dla młodych naukowców. W tych znanych czasopismach nie było innych szans na publikację niż zostać „wyrobnikiem” profesora w zamian do dopisanie jego nazwiska do artykułu i zdobycie miejsca w spisie treści. Za publikacje otrzymuje się punkty, które doktorantowi są potrzebne do stypendium naukowego.

 

Przechodzę całą ścieżkę – od papierologii i zgłoszenia czasopisma w sądzie, przez namówienie ludzi do współpracy, zdobycie środków finansowych na wydanie pierwszego numeru, po współpracę z wydawnictwem. Potrzebowałam sekretarza, redaktorów w różnych językach, profesorów jako recenzentów tekstów.

 

Nie miałam żadnej pomocy. Do wszystkiego musiałam dojść sama. Nie miałam nic do zaoferowania poza wizją, a musiałam zdobyć monstrualną wtedy sumę 5000 zł na wydanie numeru. Po sukcesie pierwszego wydania, udało się przekonać władze wydziału, aby zabezpieczyły finansowanie dla periodyku. Kolejni redaktorzy naczelni nie musieli walczyć o pieniądze.

 

Już jesienią 2010 roku, w tempie ekspresowym wydajemy pierwszy numer. W 2011 roku wychodzi drugi numer. Nasz rocznik startuje w „ogólnopolskim konkursie dla autorów i promotorów najlepszych projektów naukowych realizowanych przez studentów i doktorantów” StRuNa 2011. Wygrywamy w kategorii „Publikacja Roku 2011”. Podczas jesiennej gali z rąk Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Barbary Kudryckiej odbieram dyplom i statuetkę. Jest duma.

 

Zaczynam mocno działać z pracą doktorską. Przychodzi rok 2012, a mojemu promotorowi nie podoba się główna teza, jaką stawiam w swojej pracy. Nie jest zbieżna z tezami profesorów – kolegów i koleżanek, których wytypował na recenzentów mojej pracy doktorskiej. Znów upieram się przy swoim i szukam rozwiązania.

 

Wiosną już wiem, że moja droga na polonistyce jest skończona. Przekonuję do swojej wizji i pomysłu profesora z wydziału filozofii, zajmującego się estetyką. Wspaniały, kontrowersyjny czasami człowiek, daje mi szansę, ryzykując trochę, bo nie wypada „podbierać” doktorantów koledze po fachu.

 

Nie opłaca mi się przenosić na studia doktoranckie na filozofii, bo na czwartym (ostatnim) roku musiałabym nadrobić różnice programowe i zdawać kilka dodatkowych egzaminów. A ja już jestem na finiszu pisania pracy. Decyduję się zdawać na pierwszy rok studiów doktoranckich na filozofii. Miejsc jest 12 i kilku chętnych na miejsce. Dostaję się na jednym z pierwszych miejsc.

 

Tydzień później do moich rodziców przychodzi pismo z polonistyki. Mój promotor, kierownik studiów doktoranckich, skreśla mnie z listy doktorantów. Oddaję stanowisko redaktora naczelnego „Acta Humana”, ale jeszcze 2 tygodnie po wyrzuceniu mnie z polonistyki, nadal pełniąc funkcję redaktora, podpisuję u Dziekana dokumenty do wydania trzeciego numeru.



W ciągu roku kończę pracę doktorską. Wiosną 2013 roku czekam już właściwie tylko na terminy rad wydziału i zatwierdzanie kolejnych etapów przewodu doktorskiego. Zdaję egzaminy na filozofii i zaliczam pierwszy semestr. W maju podejmuję pracę w branży finansowej. Biorę 1 dzień urlopu, żeby pójść na obronę pracy doktorskiej. Jest sukces. W grudniu ubieram wdzianko i czapkę akademicką i odbieram dyplom doktora nauk humanistycznych w zakresie filozofii.

 

W tym miejscu jeszcze raz wielkie podziękowania dla Profesora Tadeusza Szkołuta. Za to, że się wyłamał, uwierzył, dał wolną rękę, zadawał wartościowe pytania naprowadzające, wspierał, nie narzucał i miał wy…luzowane na wiele rzeczy. 💪👏

 

I tu się kończy ta przydługa historia edukacyjna. Przychodzi kolejny przełom w moim życiu.

 

 

Ścieżka zawodowa w branży finansowej: od specjalisty do prezesa 2 spółek

 

 

Wracam do pracy w branży finansowej. Po kilku latach studiów doktoranckich i roku w szkole poznałam aż za dobrze, jak od środka działa system edukacji publicznej. To nie dla mnie. Chcę robić coś, co się przyda innym ludziom i czego będę widzieć praktyczne efekty.

 

Tym razem pozyskiwanie klientów wygląda inaczej. Poprzednio sami przychodzili do biura i byli to zazwyczaj konsumenci. Tym razem startujemy do klienta firmowego, a moja praca to prospecting i cold calle, które mają się zakończyć umówionym spotkaniem.

 

Czuję misję, cieszę się, że wróciłam do tematów, które lubiłam i „naparzam” jak szalona. Wracam do domu i z nikim nie rozmawiam. Mam dość. I tak przez 4 dni w tygodniu. Jeden dzień przeznaczam na pozyskiwanie partnerów do współpracy z innych biur kredytowych, aby rozwinąć pośrednictwo finansowe.

 

Trwa to 3 miesiące. Wspólnicy się poróżnili w wizjach rozwoju spółki. Pojawił się nowy gracz. Rozstają się. Firma, która mnie zatrudnia nie przedłuża ze mną umowy. Wspólnik, który w niej zostaje musi zmienić model działania i nie chce mnie blokować, bo – jak sam mówi – jestem dobra i nie chce mnie zatrzymywać, bo powinnam zarabiać więcej niż on teraz może mi zaproponować.

 

Są kolejne wakacje i poszukiwanie pracy. Znajduję pasującą mi ofertę. Już mam podpisywać umowę, kiedy dzwoni telefon. Inny wspólnik z poprzedniej firmy. Dowiedział się od znajomej, że chcą mnie przyjąć i proponuje mi pracę. Mieli zaczynać później z nową spółką, ale chcą mnie i jeśli się dogadamy, to zaczynamy od razu.

 

Dogadaliśmy się. Dostałam stary telefon „cegiełkę” z kartą SIM i laptopa z leasingu za 400 zł. Praca zdalna (w 2013 roku!), spotkania firmowe w restauracji w galerii handlowej w centrum miasta. Najgorsza oferta, jaką kiedykolwiek sprzedawałam – raporty BIK dla biur kredytowych. Dostaję bazę biur kredytowych w Polsce, biorę za telefon i działam.

 

Czy miałam jakieś kursy sprzedażowe? Nie. Żadnego. Ale w handlu jestem od dziecka – dziadek handlował, pomagałam rodzicom w prowadzeniu firmy handlowej. Starym polonezem (bo na handel tata nie chciał dać lepszego samochodu) po oblodzonych drogach, wstając o 3 w nocy, jeździłam na targi. Wracałam na 12:00, jadłam obiad i jechałam na uczelnię. Wtedy prawo jazdy miałam 3 lata, zrobiłam je 2 tygodnie przed 18-ką. Kto pamięta, jaki napęd mają polonezy i co się dzieje, jak skręcasz na lodzie, ten wie, z czym walczyłam.

 

Ale wróćmy do tych raportów BIKowskich. W sumie one mogły się przydać, bo biura kredytowe nie miały dostępu do takich raportów a klienci notorycznie kłamali. Tylko kilka systemów bankowych pokazywało po wprowadzeniu wniosku raport z BIKu. Każde zapytanie wpływało negatywnie na możliwość otrzymania kredytu.

 

Podczas rozmów okazywało się, że bardziej niż raportu ludzie potrzebowali mojej wiedzy i pomocy w dobraniu oferty kredytu dla konkretnego klienta. Jedno biuro, drugie… zaczęło rosnąć w skalę. W tempie ekspresowym właściciele wynajęli małe biuro, podpisali umowy współpracy z kilkoma bankami i zaczęliśmy pośredniczyć w procesowaniu wniosków kredytowych.

 

Jakie wtedy miałam stanowisko? Nie bardzo nawet pamiętam. Na LinkedIn pewnie jest zapisane. Nie miało to żadnego znaczenia. Telefony wykonane w tamtym czasie – prospectingowe i sprzedażowe – można policzyć w tysiącach.

 

Pamiętam taki dzień, kiedy wszedł nowy produkt i zamiast rozmów wychodzących miałam same przychodzące. Cały dzień odbierałam telefony, a na koniec miałam ponad 50 nieodebranych rozmów i musiałam wyłączyć telefon. Każdemu powtarzałam to samo. Dlatego rozumiem pracę ludzi na infolinii.

 

Firma zaczęła się rozrastać. Na rynku pojawiły się firmy pozabankowe oferujące produkty finansowe – pożyczki. Wtedy pojawiło się kolejne wyzwanie na mojej drodze – zostałam kierownikiem zespołu. Moja praca się zmieniła, ale pod moją opieką pozostali nadal kluczowi agenci i procesowanie dużych tematów kredytowych.

 

Zaczęłam też, razem z właścicielami, tworzyć system do obsługi wniosków, głównie dla produktów pozabankowych. Specjaliści od UX i UI mogą się teraz pośmiać. Projektowaliśmy system z długopisem w ręku i na kartce A4. Wykonanie było po stronie agencji IT, z którą weszliśmy we współpracę. Jest rok 2014.

 

W tym czasie agencja ta zaczyna coraz mocniej wchodzić w e-commerce, w budowanie sklepów na Magento. Do współpracy z nami oddelegowuje 2 programistów, którzy dołączają do nas w nowym biurze. Dziś agencja ta ma lokalizację w Lublinie i w USA i pracuje dla klientów z całego świata.

 

Znamy systemy bankowe, również te dla pośredników finansowych, ale – delikatnie mówiąc – są one „toporne”, a nasi agenci mają często 50+ i nie rozumieją, co to jest link w przeglądarce (kiedyś jednej pani tłumaczyłam to 15 minut, a wszyscy w biurze zaciskali zęby, żeby nie zrobić wrzawy śmiechu w tle). Wzorujemy się więc na e-commerce, jego intuicyjności, przejrzystości, domyślności pewnych rzeczy, których ludzie już się nauczyli, obcując z Internetem. Budujemy MVP i ruszamy.

 

Od tego czasu wiele się uczę na temat pracy programistów, metodyki zwinnej, uczestniczę w daily, spotkaniach planistycznych i podsumowujących. Projektuję, uzgadniam, służę wiedzą biznesową, testuję, odbieram i monitoruję działanie na produkcji.

 

Silną stroną naszego systemu jest dokumentacja. W tym czasie zajmuję się już współpracą z firmami pozabankowymi – prezesami i pracownikami tych firm. Tworzę z nimi nowe produkty pożyczkowe. Przygotowuję do nich dokumentację, wdrażam pracowników działu wsparcia (infolinia) oraz agencje na corocznych szkoleniach produktowych w różnych rejonach kraju.

 

Za sobą mam też doświadczenie prowadzenia zespołu marketingowego. Niewielki, 3-osobowy zespół, którego rolą było promowanie firmy i jej oferty. Największym graczem w branży jest wtedy Fines. Któregoś dnia budzę się z pomysłem Krysi i Edka – naszych specjalistów. Firma nazywa się Kredyt Express. Wielu nowych agentów nie kojarzy jej nazwy, ale Krysię i Edka znają wszyscy. Mamy grafika, który realizuje nasze pomysły, a my piszemy content. Wykorzystuję swoje doświadczenie redaktorskie. Z Krysią i Edkiem wychodzą nam wszystkie akcje marketingowe, szkolenia mają pełne obłożenie.

 

Aby zwiększyć sprzedaż, firma decyduje się wzmocnić działania w terenie. Telefonicznie byłam w stanie pozyskać prawie 1000 agencji z całego kraju. Teraz trzeba pozyskiwać kolejne, ale też utrzymać obecnych klientów B2B. Centrala przestaje wystarczać. Sporadyczne wyjazdy właścicieli i moje do agentów to za mało. Zatrudniamy kilku przedstawicieli handlowych, obstawiając całą Polskę.

 

Przychodzi moment, w którym firma mocno się rozrasta, ja awansuję, właściciele postanawiają pozyskać inwestorów i pójść za ciosem. Udaje się, ale bez jednego z właścicieli, który odchodzi z kilkoma pracownikami. Nowi inwestorzy wprowadzają swoich ludzi do zarządu. Zostaję dyrektorem operacyjnym. Jestem pierwszym pracownikiem, który od początku budował firmę i znam wszystkie procesy, system, agentów itd.

 

Pojawiają się pieniądze na inwestycje. Jest pomysł skalowania firmy i budowy sieci własnych biur kredytowych. Zaczynają się działania – wynajem lokali, zatrudnianie ludzi i… pieniądze się kończą, a przychody firmy nie wystarczają na pokrycie zobowiązań. Spółka wchodzi w stratę. W szczytowym okresie zatrudniamy prawie 30 osób.

 

Inwestorzy podejmują decyzję o odwołaniu zarządu. Otrzymuję propozycję prezesury. Poznaję osobę, która miałaby być wiceprezesem. Podejmuję wyzwanie, choć sytuacja jest trudna. Zapoznaję się z założeniami projektu biur kredytowych. Przechodzimy restrukturyzację. Jest ciężko. Docierają do mnie głosy od zwalnianych ludzi, że to „animozje pani Tatar”. Do dziś pamiętam te zdania.

 

Wchodzimy w rok 2017, a mnie przybywa coraz więcej siwych włosów. Do tego jeszcze musimy zmienić obsługę księgową. W międzyczasie szukam nowych opcji współpracy lub rozwoju współpracy z obecnymi kontrahentami. Nie wszystkie drzwi stoją szeroko otworem.

 

Wychodzimy na plus. Powołujemy drugą spółkę, w której również zostaję prezesem. Mija rok 2017. Zaczynamy spoglądać spokojniej w przyszłość. Inwestorzy, korzystając z dobrej sytuacji finansowej firmy, podejmują inne decyzje biznesowe. Nie widzę siebie dalej w Kredyt Express. Muszę zwolnić wszystkich ludzi, z którymi pracuję od kilku lat ramię w ramię, niezależnie od obejmowanych stanowisk. Na koniec sama dostaję kopniaka od osoby, z którą budowałam ten biznes.

 

Moje akumulatorki padają z wyczerpania. Wyjeżdżam na wieś i myślę, co będę robić dalej w życiu, czego chcę od swojej pracy zawodowej, jak chcę pracować w przyszłości. Nadchodzi wiosna 2018 roku. Zapisuję się na kurs testera automatycznego.

 

 

Moja przygoda z IT: od dokumentalisty do E-commerce Product Managera

 

 

Minęło 5 lat od poprzedniego przełomu w moim życiu. Teraz przyszedł kolejny. Zdecydowałam o 2 kwestiach: po pierwsze potrzebuję odpocząć psychicznie, po drugie chcę się dalej rozwijać w obszarze IT. Jeszcze podczas kursu trafiam na ogłoszenie z dużej spółki na dokumentalistę. Nie od razu decyduję się wysłać CV.

 

Dochodzę jednak do wniosku, że to może być moja spokojna oaza, prosta praca, od 8 do 16, bez odpowiedzialności za innych ludzi. Pisząc dokumentację i tak muszę testować produkt, więc podszkolę w praktyce to, co już umiem i to, czego się nauczyłam na kursie. Dostaję się bez problemu. Po 3 miesiącach zmieniam stanowisko na testera.

 

To jest czas, w którym firmy IT chętnie zatrudniały juniorów, a rozpoczynanie od stanowisk testerskich było w modzie jako zmiana ścieżki zawodowej. Może z tego powodu nie było łatwo na początku ułożyć dobrą współpracę z zespołem developerskim. Poprawnie, ale bez szału, czasem z lekką złośliwością.

 

Mnie to nie ruszało. Przeszłam gorsze rzeczy. W sumie to często śmieszyło mnie „wypominanie” polonistycznego wykształcenia i edytowanie komentarzy w zadaniach w Jirze, żeby samemu być hiperpoprawnym. Z czasem relacje się ułożyły i wyrobiłam sobie swoje miejsce i pozycję.

 

Powiesz, że to praca poniżej moich możliwości. Nie zawsze jest tak w życiu, że potrzebujesz akurat tego, czego inni ludzie się po Tobie spodziewają. Nie warto iść utartymi schematami i dostosowywać się na siłę, bo można za to zapłacić wysoką cenę. Ja nie chciałam. To była w pełni świadoma decyzja z wszystkimi jej konsekwencjami. Nauczona, że zawsze trzeba mieć poduszkę finansową, mogłam sobie pozwolić na taki czas w życiu.

 

Znajomi z branży dzwonili jeszcze przez 2 lata, pytając, gdzie teraz jestem i co ja właściwie robię jako ten tester. Mówiłam wszystkim, że klikam w Internecie i mi za to płacą. Trafiłam do świetnego zespołu z bardzo dobrym kierownikiem. Testowałam oprogramowanie e-commerce B2B (głównie), systemy connectorowe, VMI, master data management (MDM).

 

Szybko się zorientowano, że mogę i umiem więcej, choć specjalnie tego nie pokazywałam. Zaczęłam robić prezentacje zmian w wersji, prezentacje szkoleniowe i handlowe dla klientów, wspierać siły wdrożeniowe wiedzą o produkcie e-commerce, uczestniczyć we wdrożeniach szerzej niż jako tester. Cały czas pisałam dokumentację w języku polskim i angielskim.

 

I tak przyszedł rok 2020. W firmie tworzono nowy zespół – product managementu. Długo się wahałam, czy wziąć udział w rekrutacji, choć produkt e-commerce stał się w naturalny sposób moją dużą pasją. Po raz kolejny podjęłam wyzwanie.

 

Praca na stanowisku E-commerce Product Managera była czymś nowym i nie nowym. Tworzyłam wcześniej produkty, ale finansowe. Tym razem chodziło o rozwój istniejącego już produktu – oprogramowania, z którego korzystało mnóstwo firm, w tym dużych korporacji polskich i zagranicznych.

 

Po raz kolejny okazało się, że jestem człowiekiem „od wszystkiego”, co specjalnie mi nie przeszkadzało, bo lubię wykorzystywać wiedzę z różnych dyscyplin i zakresów. Produkt ten, chyba jako jedyny, nie miał swoich sił sprzedażowych, co skutkowało tym, że brałam udział w praktycznie każdym procesie handlowym związanym z tym produktem. Znałam go najlepiej i umiałam go sprzedać. Dyrektor jednej z linii systemów ERP na jednym ze spotkań powiedział, że „u nas to Baśka sprzedaje ten produkt”.

 

Prawie rok walczyłam o docenienie potencjału tego produktu i zbudowanie jednostki sprzedażowej, nawet bardzo małej, zorientowanej na ten produkt. Udało się. Zespół ten działa do dzisiaj, a polecona przeze mnie na kierownika osoba nadal piastuje tę funkcję i rozwija sprzedaż produktu. Trzymam kciuki.

 

W tym czasie mój zakres obowiązków pękał w szwach. Nie było to wyłącznie rozwijanie produktu w jego dwóch liniach – dla mniejszych firm, sprzedawany tylko łącznie z systemem ERP oraz dla większych firm w wersji Enterprise.

 

Brałam udział w rozmowach handlowych, robiłam prezentacje systemu, jeździłam do klientów na spotkania handlowe, warsztaty analityczne, analizowałam wytyczne przesyłane przez klientów w RFI lub RFP, współpracowałam przy opracowywaniu harmonogramów wdrożenia, nadzorowałam Backlog, nagrywałam szkolenia produktowe, opracowywałam sposób sprzedaży i marketingu produktu, sposób monetyzacji.

 

Wiele godzin spędziłam też na rozmowach biznesowych z klientami MŚP i z dużych firm korporacyjnych, którzy planowali wdrożenie lub rozwój e-commerce B2B. Widziałam, jakie błędy popełniają i wpływałam to, aby zmieniali swoje działanie lub robili coś w taki sposób, aby nie stracić, tylko odnieść sukces w projekcie.

 

W 2021 roku rozpoczęłam projekt e-commerce chatbota. Projekt ten przeprowadziłam E2E. Opracowałam koncepcję takiego chatbota w opcji SaaS. Znalazłam dostawców softu, przeprowadziłam rozmowy handlowe, negocjację warunków cenowych i umownych, analizę przedwdrożeniową. Koordynowałam pracę kilku zespołów developerskich z dwóch firm, pilnowałam harmonogramu (złapaliśmy tylko miesiąc opóźnienia przez przedłużenie fazy pilota), zwerbowałam kontrahentów do wdrożenia pilotażowego, opracowałam cennik usługi.

 

Opracowałam dokumentację dot. produktu w zakresie odpowiadającym potrzebom różnych interesariuszy tego projektu. Zaplanowałam komunikację, działania marketingowe oraz wersję Enterprise dla indywidualnych realizacji. Opracowałam bazę wiedzy bota oraz bazę kategorii produktowych do „nakarmienia” mechanizmu nauki maszynowej. O projekcie opowiadam razem z Maciejem Stanuschem (założycielem Sovva.ai) w podcaście, który znajdziesz tutaj.

 

Przyszedł jednak czas, w którym musiałam się pożegnać ze spółką. Kolejny 5-letni etap w życiu zamknięty. Wiedziałam już, co będę robić dalej w życiu.

 

 

Co robię teraz i jakie były motywacje takiej zmiany

 

 

Przez 3 lata spotkałam na swojej drodze wiele firm, które wdrożyły i chciały wdrożyć e-commerce B2B. Każda z nich potrzebowała wsparcia wdrożeniowego nie tylko eksperta IT, Project Managera, ale też eksperta biznesowego. Osoby, z którą można przedyskutować i omówić koncepcję projektu, jego zakres, przygotowanie do niego, zatrudnienie odpowiednich osób do zespołu itd.

 

Większość firm, przychodząc do dostawcy IT, nie miało nawet tej kartki A4 z narysowaną długopisem koncepcją sklepu. Nie mówię już o szczegółowych wymaganiach funkcjonalnych czy mapie integracji. Nie mieli pomysłu na wdrożenie systemu u kontrahentów lub zaangażowanie ich do korzystania z nowego narzędzia pracy.

 

Dlatego wybrałam, że będę teraz pomagać takim firmom w procesie wdrożenia e-commerce B2B. Będę im też pomagała przygotować się do takiego wdrożenia, wybrać odpowiedni produkt, wynegocjować korzystne warunki oraz przypilnować odpowiednich zapisów umownych, chroniących ich biznes. A jeśli nie będą gotowi na e-commerce B2B, to pomogę uporządkować i dostosować procesy sprzedażowe i marketingowe, żeby wejść w projekt bez „długu”.

 

E-commerce B2B dla wielu firm oznacza duże zmiany, bo jest nieodłącznie związany z automatyzacją procesów. Zmiany trzeba dobrze przeprowadzić, aby nie „wylać dziecka z kąpielą”. Czasem przed wdrożeniem e-commerce trzeba przejść transformację cyfrową w firmie, zintegrować funkcjonujące systemy, wdrożyć analitykę.

 

W polskich firmach jeszcze jest co robić zanim dojdzie do wdrożenia e-commerce. Pomysł o e-commerce jest często początkiem takiego procesu zmiany.

 

Jeśli planujesz taki projekt w swojej firmie i moja historia zawodowa przekonała Cię, że będę właściwą osobą u Twojego boku, to zapraszam Cię do kontaktu ze mną.

 

Jeśli dotrwałe/aś do tego miejsca, to bardzo Ci dziękuję za przebycie ze mną tej drogi. Do zobaczenia na ścieżce zawodowej. Skoro tu jesteś, to wierzę, że nasze drogi prędzej czy później się przetną.

 

Basia

Wszystkie artykuły

Tagi

back to top icon